sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 28

CZĘŚĆ DRUGA "NEED YOU HERE NOW" 

                    *kursywa - wspomnienia*

* James * 
Stałem wgapiony w ekran a mój oddech jakby powoli zanikał. Serce biło mi coraz wolniej a nogi odmówiły posłuszeństwa. 
"Zderzenie czołowe" tylko te słowa dotarły do mnie tak dosadnie, zasiewając panikę w całym moim umyśle. 
Ona żyje? Nic jej nie jest? W którym jest szpitalu? Jak do tego doszło? 
Tysiące pytań pojawiało się i znikało bez odpowiedzi, rodząc następne. Może to głupia pomyłka? Może to cholernie idiotyczny przypadek? Po co miałaby tam jechać? 
Stałem tak może 10 minut wyłapując jedynie informacje o tym, do którego szpitala zostali zawiezieni ranni. 
Chwyciłem kurtkę i wrzucając telefon do kieszeni spodni, zatrzasnąłem za sobą drzwi. 
Nie zważając na nic, przebiegłem przez korytarz i dużymi krokami przeskoczyłem po kilka schodków, znajdując się na dole. Ruszyłem do drzwi, kiedy nagle mój Iphone zawibrował. 
Kurwa. Akurat. Teraz. 
Zignorowałem połączenie, wybiegając na ulicę i ruszyłem przed siebie. Wszędzie były kałuże ale sprawnie je omijając, znajdowałem się na kolejnych przecznicach prowadzących do szpitala głównego. 
Dzwonek telefonu ponownie przypomniał mi o dobijającej się do mnie osoby i już powoli tracąc siły, wyciągnąłem urządzenie, przykładając je do ucha. 
- Halo?
- James? - rozpaczliwy głos Nicole zdradzał, że ewidentnie płakała. Przełknąłem ślinę i zaciskając palce, odpowiedziałem: 
- Co? Co się dzieje? 
- Katie... 
- Już biegnę do szpitala. Spokojnie, wszystko będzie... 
- Dzwonili. Oni dzwonili i... 
- Kto "oni"? - wysyczałem, tracąc cierpliwość. W myślach modliłem się, aby po prostu nie przekazała mi tej jednej, tragicznej wiadomości. 
- Lekarze. - zrobiła pałzę, pociągając nosem przez co moja dłoń zaczęła się trząść. - Ona...ona  zapadła w śpiączkę. 

                                                             *** 


* Katie * 
- Julie? Julieee, gdzie jesteś? - udawałam, cicho skradając się po schodach. 
- Tu mnie nie ma. - dziecięcy głos rozbrzmiał po sypialni, przez co podeszłam do łóżka i zaglądnęłam pod spód. 
- Tu jej nie ma... hmmm... - udawałam, wiedząc że prawdopodobnie powstrzymuje śmiech. - Ciekawe czy będzie... - otworzyłam szafę i widząc czarne warkoczyki, zawołałam - tutaj! 
Julie zaśmiała się głośno i wyskoczyła, przytulając mi sie do nóg. 
- Jeszcze raz! - zawołała, entuzjastycznie machając swoimi małymi rączkami. Jak na 5-latkę była bardzo niska, co czyni ją jeszcze słodszą niż jest. 
- O nie, niedługo wraca Twoja mamusia. - przykucnęłam i poprawiłam jednego z warkoczy. 
- Skąd znasz mamę? 
- Ona zna moją mamę. Poszły teraz na zakupy. - zachichotałam cicho i wzięłam małą na ręce. Zeszłyśmy razem po schodach i znalazłyśmy się w kuchni. 
- Zróbmy naleśniki! 
- Nigdy mi nie wychodzą. - jęknęłam i oparłam się na blacie. 
- Jak na 16-latkę to gotujesz a-fe* - stwierdziła a ja ze śmiechem przytaknęłam. 
- Może chcesz kisiel?
- Nie-e. Chcę naleśniki. 
- Ugh, no dobra. Zobaczę jakiś przepis w internecie. - wyciągnęłam telefon, jednocześnie uszczęśliwiając Julie. 
Zapamiętując podstawowe składniki, wyciągnęłam je z szafek i zaczęłam wsypywać mąkę do szerokiej, kremowej miski. Dziewczynka z uwagą przypatrywała się, jak odmierzam olej czy mleko, a kiedy rozbiłam jajko, jej usta ułożyły się w perfekcyjne "o". 
Zmieszałyśmy wszystko razem mikserem, nieco brudząc nasze ubrania ciastem. Szybko przelałam je na patelnie i zaczekałam chwilę, aby pierwsze z nich się usmażyły. Naprawdę dobrze się bawiłam, lubiłam tego malucha. Zawsze kiedy się widywałyśmy, mogłam śmiać się z takich prostych rzeczy, zapominając o głupich klasówkach czy problemach z przyjaciółmi. 
- Tadaaan! - położyłam jednego naleśnika na talerzu i polałam go syropem klonowym.

                                                                 *** 

- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - szepnęłam do Nick'a, rozglądając się dokoła.
- Nie masz się o co martwić, będzie zabawnie; zobaczysz. - złapał mnie za rękę i zaprowadził na boisko. 
Zawsze lubiłam się z nim spotykać na przyjacielskie pogaduchy, bo był moim jedynym kumplem, który potrafił słuchać ale dzisiaj zdecydowanie się nam przedłużyło. Jest 21 i jeżeli nie chcę dostać szlabanu od mamy, powinnam wracać. 
- Nick, przecież nie można wchodzić tu o tej porze. - syknęłam, starając się zatrzymać. 
- Czyli nie chcesz zagrać w ping-ponga bez paletek? - zaśmiał się, a ja od razu zmieniłam zdanie. To była nasza własna gra. Uwielbiałam ją, ponieważ nigdy nie mogę odbić tej małej piłeczki za pomocą rakietki, a kiedy spotkałam się z Nick'iem wymyśliliśmy, że zaczniemy ją po prostu łapać i odbijać od ziemi. 
Usiadłam po turecku, odmierzając tyle samo kroków od linii co chłopak i uśmiechnięta, czekałam na jego serw.
- Drodzy Państwo, grę zaczyna mistrz- najlepszy przyjaciel, jak i zawodnik... NICK! - zaczął i odbił piłeczkę w moją stronę. Złapałam ją i odbiłam, zdobywając punkt. 
- Ha! 1-0! - krzyknęłam zadowolona, ale długo się tym nie nacieszyłam bo Nick zremisował, następnie zwiększając swoją przewagę. 
- Jesteś skończony! Zaraz Cię dogonię! - rzuciłam piłeczkę przy linii, ale mój kolega znowu ją obronił. 
- Wygrałem. - stwierdził, kiedy doszedł do 10 punktów. 
- To nie fair!
- Fair, fair. Po prostu jesteś gorsza! - zachichotał i przybliżył się do mnie, wystawiając język. 
- Nie chcę wyjeżdżać na wakacje. Nie chcę, żeby szkoła się kończyła. - stwierdziłam smutno po chwili, opierając się o jego ramię. 
- Niedługo znowu się spotkamy. Dam Ci nawet fory. - szturchnął mnie zaczepnie, ale ja zrobiłam poważną minę. 
- Obiecaj, że nigdy o mnie nie zapomnisz. 
- Obiecuję. - zamknął mnie w szczelnym uścisku i przytulił z całej siły. 

                                                                  *** 

- Jestem wyczerpana. - usiadłam na ławce, odkładając wszystkie torby z zakupami na bok. 
- Oj przestań, zaraz pójdziemy na kawę i odzyskasz siły. - zaćwierkała wesoło Zoe i usiadła obok mnie. Znamy się od dwóch lat i śmiało mogę nazwać ją przyjaciółką. Jest wulkanem energii z czerwonymi włosami, które jak twierdzi "nie mają związku z jej chorobą psychiczną"**. 
- A możemy pogadać tutaj i napić się wody? - wyciągnęłam małą butelkę z torebki i udałam podekscytowaną. 
- Okej. - stwierdziła i posłała mi fałszywy uśmiech.
- To jak tam u Ciebie i Luka? - zapytałam, biorąc łyka napoju. Tego mi było trzeba - chwili oddechu. 
- Umm... znowu się rozstaliśmy. 
- Żartujesz, prawda? - jęknęłam zawiedziona. Byli dla siebie stworzeni, strasznie im kibicowałam. 
- Nie. I to koniec. 
- Trzy miesiące temu też tak było.
- Teraz to definitywne. - uśmiech nieco zszedł z jej twarzy, więc zaprzestałam przekonywania. Może miała rację? 
- Nie martw się. Znajdziesz kogoś lepszego. - położyłam rękę na jej ramieniu, przez co uniosła jeden z kącików ust, ukazując tym samym dołeczek w policzku. 
- Dzięki. - przytuliła się trochę bardziej, ale szybko to przerwała, jak zwykle zaczynając nowy temat. - A tak a pro po... Ty i Austin... 
- Stop! - zaśmiałam się, przerywając to, co chciała zacząć. - Chciałaś iść na zakupy, prawda? Patrz, tam jest całkiem fajny sklep. 
- Zawsze wiedziałam, że masz małe zapasy energii gdzieś w środku. - zrobiła dumną minę i ze śmiechem poszła w kierunku wejścia do "Half of us". 

Nagle Zoe i wszystkie ubrania, które wypatrzyłyśmy zniknęły a ja poczułam jakbym była z kamienia. Miałam zamknięte oczy a gdzieś z tyłu mnie, dochodziło coraz głośniejsze piszczenie czegoś, co w rytmie przypominało zegarek. 
Podniosłam powieki, widząc jedynie biały obraz i silne światło, do którego musiałam przyzwyczić wzrok. Rozglądnęłam się dookoła, nie przechylając obolałej głowy i zobaczyłam jedynie przeraźliwie białe kafelki. Co do cholery? Przecież byłam z Zoe... 
- Boże! Denny, patrz! - wyostrzając maksymalnie wzrok, zobaczyłam moją mamę, która szybko ścisnęła moje palce i zakryła usta drugą dłonią. 
- Pielęgniarka! - krzyknął mój tata, również cały uśmiechnięty od ucha do ucha. 
OKEJ. 
- Co... - powiedziałam i dopiero teraz poczułam jak suche jest moje gardło. Szybko przełknęłam ślinę, ale to tylko pogorszyło ból, więc siedziałam cicho. 
- Nareszcie... - wyszeptała mama a ja kompletnie nie wiedziałam co ma na myśli. Skupiłam swoją uwagę na kabelkach podłączonych do mojej klatki piersiowej i powoli zaczynałam zdawać sobie sprawę, co się dzieje. 
Drzwi się otworzyły i w jednej sekundzie, wysoka kobieta, ubrana w biały (bo jaki inny) kostium, podeszła do mnie i zaczęła sprawdzać moją twarz. 
- No tak, zadrapania nadal pozostały, ale jest znacznie lepiej. Proszę nie denerwować pacjentki. - napisała coś na kartce i sprawdziła jeszcze parę kabelków. 
Pacjentki. Szpital. 
Podniosłam niepewnie rękę i odczuwając dosyć silny ból, wskazałam nią na gardło. 
Jeżeli chcę się dowiedzieć, co tutaj robię muszę się czegoś napić. Muszę cokolwiek powiedzieć. 
- Ach tak! Możesz odczuwać suchość w krtani... masz tutaj trochę wody. Przykro mi, dostałaś właśnie leki przeciwbólowe ale przez dłuższy czas będziesz mogła odczuwać uciski i mrowienia. Pokażesz mi, gdzie najbardziej Cie boli? - zapytała, a ja znowu z trudem przeniosłam rękę i położyłam ją na klatce piersiowej. Byłam cała poobijana, ale tutaj było zdecydowanie najgorzej. - Nie martw się, to normalne. Wszystko będzie w porządku, odpoczywaj. - wyszła, a moi rodzice jak stali tak stoją i wpatrują się we mnie jak w obraz Picassa. 
Nawilżyłam gardło wodą i pełna obaw, że nieprzyjemne uczucie powróci, wyszeptałam:
- Co... co ja tu robię? 
- Miałaś wypadek. Jak mogłaś wsiąść do pociągu do Hollywood? Gdzie był wtedy James? A Nicole? - od razu wszystko sobie przypomniałam. James, hotel, dworzec, ta kobieta i niesamowity huk w momencie, kiedy nagle odrzuciło mnie mocno do tyłu. - Oj, Katie... - popatrzyła na mnie z politowaniem i dotknęła delikatnie mojego policzka, wywołując pieczenie. Syknęłam, na co jej ręka się cofnęła i spojrzałam na mojego tatę. 
- Czy wszystko ze mną w porządku? - zapytałam i normalnie zaczęłabym się z tego śmiać ale w mojej obecnej sytuacji, było to zdecydowanie trafne pytanie. Nie wiedziałam nawet, jak się tutaj znalazłam. 
- Byłaś w śpiączce. Trzy dni. - oznajmił smutno, unikając mojego wzroku.
3 dni?!
- Jak-jak to? - znowu się napiłam, chociaż to i tak nie zmieniło mojego ochrypniętego głosu. 
- Uderzyłaś się mocno w głowę. Poobijałaś prawie wszystko co możliwe ale nie byłaś operowana. Ta śpiączka... wiesz, że nie jestem najlepszy w medycynie. Lekarka coś mówiła, ale nic nie zrozumiałem. Wiem, że to normalne i od teraz będzie lepiej, tak? - skinęłam i posłałam mu lekki uśmiech. 
- Chodźmy, zostawmy ją z młodymi. - zaproponowała mama i wstała, wskazując za szklaną szybę. Mój Boże. Przy ścianie stała cała siódemka; Nicole, Caroline, Jessica, Soph, Chris,  Niall, Justin i Kevin. Nie mogłam powstrzymać się od łez - przyjechali tutaj, są widocznie wykończeni i tylko czekali aż się obudzę. Wszyscy. 
Weszli szybko do mojej sali i rzucili się na mnie z uściskami. Upominałam ich, że boli mnie każda osoba część ciała, ale to im nie przeszkadzało i dalej całowali mnie, mówiąc "jak dobrze mieć mnie wśród żywych". 
Zeskanowałam jeszcze raz ławkę na zewnątrz, szukając jego. 
James siedział z podpartą głową, wpatrując się w podłogę. Przełknęłam ślinę ale szybko usłyszałam piskliwy głos mojej kuzynki, która trzymała mnie za rękę. 
- Jezu, nawet nie wiesz jak kurewsko się o Ciebie baliśmy! 
- Jak mogłaś nam coś takiego zrobić? Nie zadzwoniłaś... nic! - wyrzuciła Caroline, lecz nadal opiekuńczo otulała mnie ramieniem, unikając większych siniaków. 
- Jak wy tutaj...
- Przyjechaliśmy tego samego dnia co ty, tylko jak lekarze zadzwonili do Nicky. Wiesz, jako Twoja kuzynka została poinformowana i takie tam pierdoły. Ważne, że się wybudziłaś. - stwierdził Chris a ja posłałam mu ciepły uśmiech. Byli tutaj, to wystarczy. 


                                                             *** 

- Pani Jones? - usłyszałam cichy głos pielęgniarki i powoli otworzyłam oczy. Nikogo nie było obok a ja najwyraźniej zasnęłam, kiedy moi przyjaciele tylko stali i dotrzymywali mi towarzystwa po godzinie rozmowy. Kobieta podała mi leki przeciwbólowe, poprawiła poduszkę i wyciągnęła notesik aby zapisać w nim jak się czuję i jak ma się mój organizm. 
- Proszę pani? - zapytałam, czując że muszę zadać to pytanie. - Czy jest tam, na zewnątrz mężczyzna o imieniu Tommy? Tommy Matew. - nie było go tutaj, a musiałam wyjaśnić z nim parę spraw. Mój stan zdrowia na to nie pozwalał, ale miałam to gdzieś. Wiedząc, że jest tu tak dużo osób, miałam nadzieję że też gdzieś tu się szwęda. 
- Co? Nie,nie. To jest jeden z pacjentów. - oznajmiła z uśmiechem a moje źrenice się rozszerzyły. 
- Jak to? Dlaczego? 
- Został pobity. Leży w sali numer 10, znajdującej się na drugim piętrze.
- Jest Pani pewna? Tommy Matew. - wyostrzyłam każdą literę w jego imieniu i nazwisku a ona jedynie przytaknęła. 
- Jest jeszcze jedna osoba... James Westly. Może się z Panią widzieć? 
- Nie. Proszę go nie wpuszczać. - powiedziałam stanowczo, nie wierząc że mógł to zrobić. 
A jednak. 

* James *
Siedzę tu od trzech dni. Ubrania przynosi mi Justin, śpię w niewygodnym szpitalnym krześle a moim jedynym posiłkiem jest batonik z automatu. 
Nie mogę na nią spojrzeć, mimo że wszyscy się tu zebrali i tylko obserwują czy się nie wybudza. Czuję się winny. To przeze mnie wyszła, przeze mnie chciała uciec. 
- James, musisz pójść odpocząć. - stwierdziła Caroline, siadając obok. Jest strasznie przejęta stanem Katie i co chwilę pyta lekarzy, czy coś się polepszyło. 
- Nie. Będę tutaj, do momentu w którym się obudzi. 
- Ale...
- Przestań. - syknąłem, zaciskając dłonie w pięści. Nie było ich tutaj, kiedy cały skład medyczny walczył o to, aby zaczęła normalnie oddychać. Przyjechali dopiero w nocy, tuż przed rodzicami Katie. Nie widziała tego wszystkiego, to nie przez nią do tego doszło. 
Nagle za szybą, usłyszałem cichy pisk i kiedy tam spojrzałem, Katie nieznacznie drgnęła, po chwili otwierając oczy. 
Wszystko przestało się liczyć, a uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Moja księżniczka się obudziła. 

                                                                     *** 

Po całym przedstawieniu, jej rodzice poszli na dół do kawiarni. Wszyscy wbiegli do sali Katie, ale ja chciałem poczekać na moment, kiedy będziemy sami. 
Chciałem ją przeprosić, zapewnić że jestem obok i wszystko będzie dobrze. 

Siedzieli tam dłużej niż myślałem i kiedy już opuścili pomieszczenie, chwyciłem za klamkę aby wejść. Niestety, ciepły głos mnie dochodzący zza moich pleców mnie przed tym powstrzymał a mi pozostało przeklnięcie mojego pecha w myślach. 
- Przepraszam, ale pacjentka teraz zasnęła. Musi odpocząć. 
- Czy... czy mogłaby ją pani zapytać, czy mógłbym ją odwiedzić? Wtedy, kie-kiedy się obudzi? - mój głos wbrew woli łamał się i słychać było, jak bardzo pragnę tego spotkania. Kobieta spojrzała na mnie z politowaniem i przytakując, weszła do sali aby sprawdzić czy wszystko w porządku z Katie. 
Usiadłam i głośno wypuściłem powietrze, nawet nie wiedząc że czekanie na spotkanie może być aż tak męczące. 
Każda sekunda się przedłużała, lecz po 20 minutach ta sama pielęgniarka wyszła i pokiwała przecząco głową. 
Zamarłem. 
Wstałem i popatrzyłem w kierunku Katie, krzyżując nasze spojrzenia. Jej oczy były przepełnione smutkiem, którego jestem przyczyną.
Chwyciłem kurtkę, która od pewnego czasy stała się także moim kocem i wyszedłem ze szpitala. 
To koniec, wiem o tym. 

* dla ścisłości (xd) " a-fe " zostało użyte specjalnie. Wszystkie wypowiedzi Julie były spowodowane jej wiekiem ;) 
** Fragment dedykowany mojej przyjaciółce - Oliwii, która czyta każdy rodział od początku i po części przez nią pisze bloga. ;) Luv Ya! 


Hej, hej! :D Dodaję rozdział wcześniej, bo oczywiście nie mogłam się powstrzymać xdd 
Hahaha, wyjazd mi się udał i naprawdę dziękuję że tyle czekaliście! :)) 
W zasadzie mogłam podpiąć ten rozdział do części pierwszej no ale co mogę już z tym zrobić ;p 
Zdradzę Wam, że 2-ga część będzie nieco ciekawsza i pojawią się w niej nowi bohaterowie. W zakładce "bohaterowie" już możecie zobaczyć kto z obecnych postaci pojawi się w części II ! :) (jest to umieszczone w nawiasach pod gif'ami) 
Wracam do Was i mam nadzieję, że po wyłączeniu weryfikacji obrazkowej pojawi się tutaj dużo komentarzy ;) 
Specjalne pozdrowienia dla wszystkich moich czytelniczek które trafiły tu za sprawą Wiktorii! Bardzo Ci za to dziękuję ;* #Mygirls :))) 
#Muchlove , Caroline ;* 

8 komentarzy:

  1. Informuję, że po przeczytaniu rozdziału o mało nie zemdlałam.
    Mój stan: drżenie rąk, szybkie bicie serca
    Po pierwsze: z jednej strony jestem zrozpaczona, ale z drugiej cieszę się, że jest nowy rozdział (ale wciąż nadal rozpaczam).
    Po drugie: zabiłaś mnie końcówką. Jest mi smutno, bo Katie nie pozwoliła mu wejść do sali, choć po części na to zasłużył.
    Po trzecie: fajnie, że dodałaś nowych bohaterów. Tym bardziej się cieszę iż są to Ashton, Calum i Michael.
    Nic dodać, nic ująć ;)
    Nie mogę doczekać się następnego rozdziału <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omnomnom, można Cie zjeść? *o* Hahah, nie no, naprawdę DZIEKUJE :)

      Usuń
  2. No to kiedy następny? :D Nie mam już słów jak określić twoje rozdziały,i tez każdy czytam od samego początku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jejku, dziekuje :)) za dwa dni - tak jak zawsze ;)

      Usuń
  3. Booże *-* IDEALNY <3
    Ja chcę więceeeeej :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny, super hiper i wgl zarąbisty :D

    OdpowiedzUsuń
  5. codowny :* kocham Twoje opowiadanie ♡ i Ciebie za stworzenie tego cuda. zejebiaszcze *.* czekam na next ;) pozdowionka i życzę weny
    ~ Pulinaa (wcześniej podpisywałam się Kamila)
    нєℓℓσ, ι ℓσνє уσυ ♡

    OdpowiedzUsuń